sobota, 22 lutego 2014

Nie wierzę.

Czuję się szczęśliwa, od prawie tygodnia. W końcu się szczerze jak głupia do wszystkiego. A szczególnie do jednej rzeczy. Ale nadal czasami mam momenty zamyślenia, co by było gdyby. Ale jest dobrze, będzie lepiej.
Muszę się najpierw wyleczyć, nie wracać do wspomnień z płaczem, z błaganiem o pomoc. W końcu staną się po prostu dobrymi wspomnieniami wzbudzającymi uśmiech. A póki co, moja wena powraca! Jeszcze na polski muszę napisać, coś z perspektywy Brangien, Izold o Białych Dłoniach lub króla Marka. Zdecyduje się chyba na króla Marka, postawie sobie wyzwanie i spróbuje pokazać męską psychikę. Jejku, to będzie trudne, ale muszę sobie stawiać jakieś poprzeczki do pokonania.
A póki co mam to, o czymś zupełnie innym :






Niebo było tak blisko, na wyciągniecie ręki. Jeden skok i byłaby w niebie, jeden ruch. Ale zbyt dobrze czuła się na ziemi. Mogła marzyć o czymś lepszym, ale teraz nie było najgorzej. Odsunęła się od krańca dachu, wyszła z budynku i ruszyła przed siebie. Nowy Jork czekał otworem.
-Dzień dobry. Bilet w jedną stronę do Nowego Jorku poproszę. - uśmiech nie znikał z jej twarzy.
-Poproszę dowód osobisty. - kobieta zza lady odezwała się monotonnym głosem.
Wręczyła jej dokument i znowu spotkała się z krytycznym spojrzeniem. Nikt jej nigdy nie wierzył, że skończyła 18 lat ponad 3 lata temu.
Odeszła od stamtąd od razu, gdy otrzymała bilet i z powrotem swoje dokumenty. Pozostało jej tylko czekać na nowe życie, na nowy początek, na spełnienie marzeń. New York Drama Academy była jej wymarzoną uczelnią, to w niej uczyły się największe gwiazdy Broadwayu, chciała być taka jak one. Od 5 roku życia ćwiczyła taniec i śpiew. To było marzenie jej matki, które dla niej stało się rzeczywistością. Harowała godzinami, szkoła, zajęcia, kolejne zajęcia, dom i spanie. Nigdy nie miała czasu na chłopaka, przyjaciół. Nie mogła powiedzieć, żeby zaprzyjaźniła się z jakąkolwiek osobą, z którą spotykała się na warsztatach teatralnych. Wszyscy byli nie tacy, jak ona myślała, że będą. Podobno była zarozumiała i dlatego nikt z nią nie potrafił długo przebywać. Cóż, Anne Chart wiedziała co chce robić, kim chce zostać i nie zwracała uwagi na teraźniejszość. Tak samo teraz. Ledwo zauważyła, która jest godzina i pędem ruszyła w kierunku bramy. Gdy usiadła w samolocie myślała, że zemdleje. I to nie z przemęczenia. On był zbyt intrygujący jak dla niej, aż z wrażenia oklapła na siedzenie.
-Widzę, że ktoś tu biegł na odprawę. - usłyszała głos, który mógł należeć tylko do muzyka. Tak wspaniale głęboki, z lekką chrypą. Gdy spojrzała w lewo ujrzała idealny uśmiech i oczy koloru morza.
-Tak, lekko się zamyśliłam. - uśmiechnęła się niemrawo i sięgnęła po słuchawki. Jednak po chwili odłożyła je, to nie była jej muzyka.
-Co, nie podoba się ich pomysł na spędzenie czasu? - jego śmiech był tak samo wspaniały jak głos.
-Tak. Pop nie jest moim ulubionym rodzajem muzyki. - zerknęła na niego, ale szybko odwróciła wzrok. Gapił się na nią, a ona nie wiedziała czemu. Nigdy nie przyciągała męskich spojrzeń. Raz czy dwa ktoś zwrócił na nią uwagę, ale nie skupiała się na tym. Nikt nie zwrócił jej uwagi.
-A niby co lubisz? Większość nastolatek w twoim wieku to uwielbia. - znów się zaśmiał, a ona aż rwała się by mu zawtórować.

-Nie jestem nastolatką wiesz? - chciała się zalotnie uśmiechnąć, ale przerodziło się to w grymas i pisk. Samolot ruszał. Wbiła paznokcie w obicie fotela i zamknęła oczy. Bała się latać, robiła to dopiero pierwszy raz w życiu.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Masakra.

Długo się zbierałam, żeby cokolwiek tutaj napisać. Ale w końcu czara się przepełniła, czuje za dużo, a nie mam komu o tym powiedzieć tak naprawdę.
Przede wszystkim to czuje sie do dupy. Przepraszam, za wyrażenie, ale tak jest. Straciłam moją największą miłość, straciłam zapał do wszystkiego. Najchętniej to leżałabym cały dzień i bym czytała, w sumie to tak robię. Gdyby nie to, że jestem chora i muszę brać antybiotyk, to bym nie jadła, bo mi się nie chce. tak najzwyczajniej na świecie. Nie mam ochoty nawet patrzeć na ludzi. Po prostu chcę zapomnieć o smutku, bólu, stracie. Ale co mam zrobić o takiej godzinie jak teraz? 23:42.
Nie mogę spać, a gdy nie mogę spać to myślę, co zatacza krąg. Bo jak myślę, to nie śpię przecież.
A tak wiele zawaliłam. Od sylwestra zawalałam powoli wszystko, oprócz nauki. Chyba.. Byłam bez życia, bez spotkań z E. No i obecnie to się skończyło. To, w co wkładałam najwięcej serca od ponad roku, to co sprawiało mi najwięcej możliwej radości. Wszystko upadło i to moja wina. Moja wina, bo się zmieniłam, bo zaczęłam za dużo wymagać. A byłam po prostu po uszy zakochaną dziewczyną, która chciała czuć się kochana i doceniona. Ale to źle najwidoczniej.
Zawiodłam E., zawiodłam jego siostrę, pewnie zawiodłam przyjaciółkę, mamę i siebie też. Powinnam dać radę, działać bardziej w kierunku zmian. Chciałam na niego zasłużyć, chciałam być taka wspaniała jak on. Kochająca, bezinteresowna. Ale to i tak było nic, jak się okazało. To były po prostu niepotrzebne starania. A teraz daje mu odjeść. Daje mu żyć pełnią życia. Oczywiście to boli i będzie bolało. Ale kocham go i jego szczęście jest dla mnie najważniejsze. Może tego nie odczuwał i dlatego tak się stało? Może, ale postanowiłam, że dam mu spokój, niech odpocznie ode mnie, od mojego zachowania. Tak będzie dla niego lepiej, sam stwierdził, że mam odpuścić. Więc się go posłucham, wedle życzenia.



"I'm choosing to let you go"