Wiedźma
zaklęła Elizabeth, aby każde wypowiedziane przez nią słowo było
bronią. Naraziła się kobiecie, gdyż chłopcy ulegali jej czarowi.
Nie raniła ich, ale przez zazdrosną wiedźmę została wygnana z
wioski.
Zaczęła
wędrować, aż dotarła do miasta pół olbrzymów. Mijając puste
ulice, natrafiła na leżącego mężczyznę. Przestraszyła się
konsekwencji i nie rzekła nic. Natomiast on się odezwał.
- Cóż
tu robisz moja miła? - odezwał się grubym głosem.
- Stoję.
- rzekła, lecz coś kazało jej powiedzieć coś jeszcze. - Ale jak
widzę ty leżysz, pewnie sen cię zmorzył, wino odurzyło. Precz
pode mnie!
Chciała
odejść, lecz mężczyzna wstał, a był on potomkiem olbrzyma i
kobiety. Rosły, o ciemnych oczach i włosach, Z lekkim uśmiechem
zawadiaki skinął ku niej, a ona posłusznie wróciła.
- Droga
panno, mylisz się. Leżę, gdyż siedzieć mi się nie chce. Nie
sen, lecz lenistwo. Wina nie pijam. A ty jak widzę zaklęta jesteś.
Dobrześ na mnie trafiła. U nas w mieście dużo takich co już by
panienkę zatłuc mogli. Ach, imienia mego nie znasz. Zwę się Pato,
a ty panno?
-
Elizabeth. Jak widzę tutaj ludzie się zdarzają. Choć trudno
myśleć, iż ktoś tak zwierzęcy dobrze językiem włada. Moje
słowa są broną, więc gdy się odzywam ranię.
Pato
chwilę pomilczał. Nagle podbiegł do niej, chwycił i przerzucił
przez ramię. Uciszył ją rykiem i pobiegł doń Eliza przytomności
nie straciła. Gdy oczy otworzyła, serce jej przejęło się grozą.
Ujrzała nad sobą wiedźmę, dwóch pół olbrzymów i krasnoluda,
których twarze wyrażały wrogość oraz zdumienie. Nigdy wcześniej
nie widzieli kogoś tak elfickiego, pięknego. Słoneczne włosy,
okalały okrągłą twarzyczkę i ukrywały spiczaste uszy. Oczy
miała zielone, wyjątkowe, niespotykane u elfów.
- Hej,
Gladir!- zawołali wszyscy, gdy dziewczyna uniosła głowę. -
Potrzebny nam taki stary elf jak ty. Bo ona niby zaklęta jest, Pato
coś gderał. Niby można jej pomóc. - jeden przez drugiego
tłumaczyli wszystko osobie za jej plecami. Gdy odwróciła się ,
ich słowa były dla niej kłamstwem. Postać nie wyglądała staro,
miał szeroki uśmiech, jasne włosy i elficką sylwetkę. Lecz
niebieskie oczy jego, wyglądały jakby tysiąclecia widziały.
- Można
mi pomóc? - zapytała z nadzieją.
- Jeśliś
pragniesz zmienić się i miłość okazywać. Tylko ona uratować
cie może, lecz zapamiętaj. Musisz swego przekleństwa używać.
Jeśliś on cię pokocha z twym urokiem, stanie się cud. Inaczej
będziesz taka na wieki.
- Co mam
teraz zrobić? Wędrować sama dnie i noce? Gladirze, co teraz? -
szeptała gorączkowo. - A gdzie Pato? Pomóc by mógł. Pól olbrzym
przydać się może, a któreś z was pójdzie? - spojrzała na
pozostałych, jednak oprócz Gladira wszyscy pokręcili głowami. - W
to czemu? Tchórze z was, bojaźń wasza ten świat zgubi! Źli wy!
- Eliza,
przestań ich ranić. Uspokój się, będziemy wędrować z tobą,
Gladir i ja. - Pato posłyszał jej szloch. - Nie płacz moja droga,
znajdziemy twego ukochanego.
Wędrowali
dni i noce, zaglądali do każdej napotkanej wioski. A podczas
podróży między nimi powstały więzi, a Elizabeth przestała tak
pragnąć końca uroku. Ani elfowi, ani pół olbrzymowi nie
przeszkadzała jej szczerość, obaj chcieli aby była szczęśliwa.
Po drodze spotkali nawet wampira zauroczonego urodą Elizabeth, a ona
go polubiła, jednak gdy poznał jej urok, uciekł. Nie chciał mieć
z nią do czynienia, jednak elfka nie przejmował się, mając
zacnych towarzyszy. Aż w końcu zrozumiała, że to któryś z nich
jest jej ukochanym, jej chęć do spokojnego życia ujawniła się.
Jednak nie była pewna, czy to Gladir, uroczy, żyjący trzy
tysiąclecia elf jest jej miłością, czy lekko nieokrzesany, lecz
sympatyczny pół olbrzym. Gdy zamyślała się, czuła na sobie
wzrok Pato, który był czasami nieznośny. Za to Gladir nie narzucał
się, był kiedy ona tego pragnęła. I w końcu zrozumiała. Byli w
gospodzie, a gdy sobie coś uświadomiła, nagle przestała się
bronić słowami, nic jej nie obchodziło. Jedynie Gladir podszedł
do niej, przytulił i wyszeptał parę słów. I tak zakończyła się
historia elfki Elizabeth zaczarowanej słowami.
To tylko wypracowanie na polski, ale mi się podoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz